Odpowiedź oksfordzkich zwolenników zdrowego rozsądku była prosta: ponieważ prowadzi to do absurdu. A cóż, jeśli nie absurd, jest wskaźnikiem tego, że myślenie nasze staje się patologiczne? Absurd zaś pojawia się wskutek łamania lub podważania reguł gry językowej, w której filozof – siłą nawyku – bierze udział. Wygłaszając sądy w rodzaju „Krzesło nie jest przedmiotem, lecz zbiorem wrażeń”, „Nie ma czegoś takiego jak wolna ludzka wola”, stawiając problemy typu „Czy czas jest czymś realnym?”, filozof postępuje jak ktoś, kto w czasie partii szachów stara się wykonywać ruchy gońca wieżą lub wciąga partnera w dyskusję nad tym, dlaczego koń może przesuwać się w taki właśnie, a nie inny sposób. Reguły gry są samą grą; jeśli się je kwestionuje, trze­ba wstać od stolika. Filozof zaś, przeciwnie, usiłuje przekonać grających, by zmienili tu i ówdzie figury oraz poszczególne zasa­dy nie zmieniając jednak ani celu gry, ani jej generalnych założeń.

Filozof powinien „wieśniaka” wysłuchać, a następnie sporządzić „mapę” własnoręcznie, nie przejmując się zbytnio tym, czy „wieśniak” uzna ją za trafną, byleby tylko zga­dzała się z podawanymi przezeń informacjami. Powstaje pytanie: dlaczego informacje „wieśniaka” – kategorie zawarte w języku potocżnym – miałyby być obligujące i niekwes- tionowalne? Być może są one nieścisłe. Być może źle zdają spra­wę z faktów. Być może-nadają się do „poruszania”, ale nie nadają się do sporządzania na ich podstawie „mapy”. Dlaczego właściwie nie wolno filozofowi ich przekroczyć?

Nie wiemy, czym jest to, co wiemy, a co więcej, często przyjmujemy – między inny­mi pod wpływem doktryn filozoficznych – całkowicie błędne in­terpretacje tego, co wiemy. Filozofia – należycie pojęta – ma nas kierować z powrotem na właściwe tory, wyprowadzając z co­dziennych frazesów poprawną „mapę logiczną” poznania. Kiedy bowiem zastanawiamy się na przykład nad sensem słowa „uczu­cie”, którym biegle posługujemy się w zwykłych konwersacjach, lub kiedy ciekawi nas, na czym polega trywialne rozróżnienie „snu” i „jawy”, jesteśmy niczym wieśniacy, którzy potrafią znako­micie poruszać się po swej okolicy, ale nie są zdolni do zakreśle­nia jej ogólnej topografii, a nawet dają się zwieść fałszywym sugestiom specjalistów.

Terminy „mentalne” mają się do „nie-mentalnych” mniej więcej tak, jak katalog tematyczny jakiegoś księgozbioru do katalogu alfabetycznego. Jest absurdem mówić, że pewna bi­blioteka składa się z pozycji takich a takich autorów oraz z pozy­cji krajoznawczych, historycznych, beletrystycznych i medycz­nych, i podobnie jest absurdem mówić, że człowiek składa się „z ciała oraz umysłu” czy „z ciała i duszy”. „Umysł” („dusza”) to nic innego, jak tylko pewien rodzaj opisu naszych działań.A zatem używając języka potocznego jesteśmy bezwiednymi behawiorystami i behawioryzm, a nie kartezjanizm, jest naszym „zdrowym rozsądkiem” – zakodowaną w słowach wiedzą o ludz­kim statusie. Dualizm materii i świadomości to miraż, w jaki popadamy, gdy przestajemy normalnie mówić.

Fakt, że domniemane określenia „stanów” są równoważne lub przekształcają się w przysłówki („z uwagą” – „uważnie”, „z radością” – „radośnie”, „ze strachem” – „trwożnie”), jest najlepszym świadectwem tego, że używając takich terminów mówimy nie o podwójnej rzeczywistości, która składa się z po- strzegalnych faktów i domyślnych nastawień psychicznych, lecz po prostu o tym, w jaki sposób ktoś słucha, jak biegnie, jak idzie, jak się do kogoś zwraca. Poczucie, że mówimy o czymś więcej, wynika wyłącznie ze zwodniczej, rzeczownikowej formy pew­nych zwrotów i ze skłonności do mnożenia bytów nad potrze­bę.Nie ma Ducha w Maszynie, są tylko ludzie – najbardziej .wy­myślne przedmioty stworzone przez naturę – i różnorakie ich zachowania oraz dwa słowniki, za pomocą których zachowania te ujmujemy. Jeden pełni funkcje bezpośrednio deskryptywne („Dziecko ziewa’, „Kowalski mówi, że raki są stawonogami”.

„Przypomnieć”, „zrozumieć”, „zapamiętać”, „wyobrazić sobie”, „pomyśleć” – to nie nazwy niewidzialnych aktów, po których zajś­ciu umiemy czegoś dokonać (podać imię, wytłumaczyć komuś algebrę, powtórzyć wiersz, opisać, jak wyglądałby baśniowy po­twór), lecz zwroty, za pomocą których stwierdzamy nabycie (przez nas samych lub przez innych) pewnych umiejętności; za pomocą których przewidujemy pewne (nasze własne lub cudze) zachowania. Podobnie „uwaga”, „radość” „strach”, „szacunek”, „troska” – to nie nazwy niewidzialnych stanów, które towarzyszą niektórym naszym przedsięwzięciom i tajemniczo modyfikują je,„zabarwiają” tak, iż ktoś słucha czegoś nie zwyczajnie, ale „z uwa­gą , biegnie komuś na spotkanie nie byle jak, ale „z radością”, idzie skrajem przepaści „ze strachem”, zwraca się do kogoś „z szacunkiem” itd.

Równie łatwo rozwiać legendę wewnętrznych „czynności” i „stanów”. Gdy ktoś powiada: „Przypomniałem sobie właśnie imię twojego przyjaciela”, mamy wrażenie – pod wpływem grama­tycznego podobieństwa do takich zdań, jak „Wziąłem sobie właś­nie piłkę twojego syna” – że ‚słyszymy relację o zaszłym przed chwilą niematerialnym „wydobyciu” pewnego niematerialnego „słowa” z niematerialnego „magazynu”. Rozmówca nasz oznaj­mia tymczasem swą gotowość do czegoś; oznajmia, że jeśli obec­nie zapytamy go o imię przyjaciela, to potrafi je podać; mówi nie o   tym, że coś zrobił, lecz o tym, że może coś zrobić; mówi o sprawach c.alkowicie uchwytnych i intersubiektywnycf, a nie o tym, co zdarzyło się przed chwilą w jego prywatnym „teatrze”.

Tymczasem przymiotniki „mentalne” nie są wcale nazwami prostych cech, lecz złożonych dyspozycji i służą do wypowiada­nia sądów, które opisują stałe tendencje czyjegoś zachowania. To, co mamy naprawdę na względzie mówiąc „Jan jest bystry”, mo­żna mniej myląco wyrazić w następujący sposób: „Ilekroć Jan napotyka trudny problem, daje sobie z nim radę szybciej i sku­teczniej niż większość ludzi.” Nienamacalne „własności” znikają natychmiast, gdy tylko uprzytomnimy sobie, że wypowiedzi o czyimś charakterze, inteligencji, talentach to nie autentyczne zda­nia podmiotowo-orzecznikowe, lecz skrótowe formy skompliko­wanych okresów warunkowych, i że w takim razie nic nas nie zmusza do zakładania, iż oprócz pewnych publicznie dostępnych zdarzeń z życia naszych bliźnich, na podstawie których uznajemy ich np. za „bystrych”, istnieją jeszcze jakieś ukryte przed naszym okiem przymioty i usterki poszczególnych umysłów.

Mimo to jest doktryną tak powszechnie akceptowaną, że bierze ochota, by nazwać ją „zdro­worozsądkową”- wolno przypuszczać, że Szary Człowiek podpi­sałby się pod nią równie chętnie, jak większość psychologów, filo­zofów i teologów. W istocie jednak idea Kartezjusza i jego zwo­lenników wywodzi się z błędnej interpretacji naszego codzienne- go języka, z przypisania mu niewłaściwej „logiki”, z całej serii pomyłek kategorialnych, sprowokowanych gramatycznymi pozo­rami.Mówimy ..Jan jest bystry („ospały”, „zdolny”, „pedantyczny”, „trzeźwy etc.) i podobnie mówimy „Jan jest wysoki” („gruby”, „sta­ry”, „opalony”, „rumiany”). Paralelizm formalny (nieunikniony, po­nieważ język rozporządza ograniczoną liczbą struktur składnio­wych) sprawia, że popadamy w nawyk traktowania przymiotni­ków „mentalnych” jako wyrażeń tej samej klasy, co przymiotniki „fizykalne”, tj. jako nazw własności, z których jedne postrzegamy bezpośrednio, inne zaś – niewidoczne – wywnioskowujemy z ich „objawów” tak, jak z kopczyków ziemi domyślamy się obecności kreta.

Ogólnie mówiąc, rozum formułuje naj­pierw odpowiedzi na problemy, które sobie „stawia” (tj. konstruu­je w prywatnym teatrze), a następnie „jakoś” przekazuje je do wykonania, i o ile tego procesu nic nie zakłóci (np. większa „siła” jakiegoś uczucia, „sprzeciwiającego się” niewygodnym czy niemiłym dyktatom), to, co robimy jest po prostu stosowaniem nagro­madzonych (niczym sardynki w pudełku) przez rozum porcji „wiedzy”. Mit Ducha w Maszynie stwarza oczywiście dobrze znane, nie­rozwiązywalne trudności, by wspomnieć tylko o tajemniczym sta­tusie oddziaływań „umysłu” na „ciało” (czym są, skoro nie należą ani do zdarzeń psychicznych, ani do zdarzeń fizycznych?) czy o kwestii wolnej woli (jak rozsądzić, czy ktoś „umyślnie” kopnął kogoś w kostkę, skoro nikt nie może postrzegać cudzych „aktów” woli i skoro nawet czyjeś wyznanie, że przed kopnięciem dokonał takiego aktu, nie ma mocy wiążącej?).